1

2

3

4

5

 

Na dobre i na złe

Jestem w stanie pojąć, że są na świecie rzeczy bardziej modne i mniej modne. Wiem, że wciąż zmieniają się najlepsze kolory ubrań na dany sezon. Mam świadomość, że pewne kroje dżinsów raz są na topie, a raz nie. Zdaję sobie sprawę, że, chociaż pewnie nieco subtelniej, zmieniają się też aktualne koncepcje w świecie biżuterii. A jednak handlowa rzeczywistość znów mnie zaskoczyła. Kiedy moja koleżanka wychodziła parę miesięcy temu za mąż, odkryłam, że kupno obrączek nie polega po prostu na pójściu do sklepu jubilerskiego i zamówieniu dwóch kółek o odpowiednim rozmiarze. Moja przyjaciółka utonęła wręcz w katalogach pełnych wyłącznie obrączek. Kiedy już ponarzekałam, że naprawdę szkoda tych biednych drzew, które zostały ścięte, by powstał katalog wpędzający panny młode w manię, siadałam z koleżanką i spróbowałam jej jakoś pomóc. Ale najwyraźniej moje komentarze, że wszystkie obrączki wyglądają tak samo, nie były najlepszym sposobem na wybawianie przyszłej małżonki z opresji. Przynajmniej już wiem, że kiedy ja będę wychodziła za mąż, to wybiorę najprostsze obrączki. Pewnie ich znalezienie też będzie wymagało przejrzenia ton katalogów, ale w każdym razie wiem, czego chcę. I wiem, czego nie chcę. Nie chcę dać się zwariować tylko dlatego, że cały wielki rynek towarów ślubnych zwariował już dawno.

Odkrycia z galerii

Wystarczy pospacerować po dużej galerii handlowej, by przekonać się, że człowiek dotychczas jeszcze nic nie wiedział o świecie. Czasem zaskoczenia są przykre, gdy modne akurat zestawienia kolorów firmowych butikach sprawiają, że najchętniej schowałabym się w mysiej dziurze i próbowała tam jakoś wyprzeć te widoki z pamięci. Czasem jednak można odkryć coś wspaniałego. I często nie trzeba tych odkryć szukać w siedliskach wielkich producentów, w drogich sieciowych sklepach. Moje najbardziej udane zakupy z ostatnich dni to bransoletki i naszyjniki sprzedawane w zaułku pobocznego przez jeszcze młodsze ode mnie dziewczyny. Byłam bardzo zaskoczona, gdy okazało się, że to one sama stworzyły wszystkie projekty i wspólnie je zrealizowały. Poczułam się wprawdzie strasznym beztalenciem, ale mój ból szybko przygasł, kiedy stałam się szczęśliwą posiadaczką czarnej bransoletki w stylowym czarno-czerwonym klimacie. A już zupełnie poprawił mi się nastrój, kiedy artystki dobrały mi do tej bransoletki naszyjnik w tych samych kolorach, ale z odwrotnymi proporcjami. Biedniejsza o kilkadziesiąt złotych, ale bogatsza o jedyne w swoich rodzaju dzieła, wyszłam z galerii handlowej przekonana, że czasem warto szukać odkryć tam, gdzie prowadzą mniej wydeptane ścieżki. A ciemne zaułki nie są czasem takie znowu straszne.

Nie wszystko złoto

Nie od dziś wiadomo, że nie wszystko złoto, co się świeci. To przysłowie często traktujemy jednak wyłącznie w sensie przenośnym. Wiemy, że nie należy oceniać ludzi po pierwszym wrażeniu, że niektórzy zwodzą nas swoim pięknym wizerunkiem, pod którym kryje się zupełnie niezachęcająca zawartość. Wiemy, że ludzie, którym ufamy, mogą nas kiedyś oszukać. I wiemy, że jeśli coś mamy dostać bez wysiłku, to pewnie jest w tym jakiś haczyk. Ale czasem zapominamy, że to mądre przysłowie można potraktować bardzo dosłownie. Powinniśmy zachować większą ostrożność, gdy ktoś proponuje nam zakup zaskakująco taniej biżuterii. Oczywiście, zdarzają się kuszące promocje, rzetelne i warte zakupu. Jednak powinniśmy zawsze sprawdzić, czy producent to ktoś, komu można zaufać. W przeciwnym wypadku, po wizycie na jakimś podejrzanym bazarze lub na stronie aukcji internetowej, możemy skończyć jako właściciele kawałka pozłacanego plastiku czy metalu zamiast naszego wymarzonego wisiorka. Czasem skuszeni ceną lecimy jak ćmy do ognia lub jak poszukiwacze podczas gorączki złota na Dzikim Zachodzie. A tymczasem przysłowie, że nie wszystko złoto, co się świeci, znajduje czasem najprostsze zastosowanie – właśnie w wypadku złota i jego mniej lub bardziej misternych imitacji, które ktoś próbuje nam sprzedać jako modne i cenne kruszce.

Dbać nie tylko o dom

Modna dziś praca w domu ma bardzo wiele zalet. Na przykład elastyczny czas pracy oraz zarobki zależne od działań. A jednak czasem przychodzi do głowy myśl, że trzeba jak najszybciej gdzieś wyjść. Nie chodzi nawet o zmęczenie pracą, chociaż i ono daje się we znaki. Po prostu człowiek szybko odkrywa, że nic tak nie motywuje do dbania o swój wizerunek, jak taksujące spojrzenia innych ludzi. Siedząc w domu, nie odczuwa się potrzeby kupienia sobie modnego stroju, eleganckiej biżuterii, wyszukanej filiżanki. Jeśli nie ma się imponującej silnej woli, to zamiast w modnych kolczykach i wytwornym żakiecie sączyć przy komputerze kawę z porcelanowej filiżanki, skończy się wprawdzie przy komputerze z kawę, ale taką w starym kubku. A na siebie wrzuci się jakiś dres. O makijażu też można szybko zapomnieć – przecież nikt nie patrzy. W erze mody na pracę zdalną, warto więc narzucić sobie rygor dbania o siebie dla własnej przyjemności. Tak, żeby nie wstydzić się własnego odbicia w monitorze. A jak kogoś nie stać na przestrzeganie danych sobie obietnic, to trzeba jak najczęściej korzystać z propozycji wyrwania się z domu. A wtedy to już cała naprzód: zakupy, najlepsze ciuchy, biżuteria, kosmetyczka. Nie dajmy się same sobie doprowadzić do staniu totalnego zaniedbania. Wygoda jest ważna, ale to nie wszystko.

Klipsy w wielkim mieście

Zawsze zaskakuje mnie ogromna moda na przebijanie uszu. Już malutkie dziewczynki w przedszkolu dumnie paradują z kolczykami. Być może dziwi mnie to właśnie dlatego, że sama mam nieprzebite uszy. Moi rodzice chyba przegapili ten moment, kiedy wszystkie moje koleżanki wędrowały do kosmetyczki i wychodziły radośnie w pierwszej parze tak zwanych przebitek. A i mnie widocznie nie zależało chyba jakoś specjalnie, bo przecież wtedy bym sama o taką wyprawę poprosiła. Nie mam nic przeciwko kolczykom, wręcz lubię wszelką biżuterię, ale nie żałuję tamtego zagapienia się. Przecież zawsze to chociaż jedna nieodwracalna rzecz w życiu mniej. Człowiek i tak podejmuje dużo wyborów, z których nie ma się potem jak wycofać. A tak, to uszy mam w całości. I przecież nadal mogę je czymś ozdobić. Dziwne, że tak mało reklamuje się modeli klipsów. Przecież wystarczyłaby porządna kampania jakiegoś producenta i może nastąpiłby wyraźny podział na tych, którzy chcą przebijać uszy, i na tych, którzy wolą inne rozwiązania. Dałoby to pole do dyskusji bez wyłączania kogokolwiek. W tej chwili albo ma się kolczyki, albo jest się wyłączonym z wielu rozmów, jakby się nie należało do świata ludzi eleganckich. A przecież do świata ludzi eleganckich można należeć na różne sposoby – niekoniecznie na sposób wbicia sobie czegoś w uszy.

Miły dodatek do gazety

Wydaje mi się, że nietrudno zrozumieć popularność gazet z dołączonymi gratisami. Po pierwsze, można przecież zyskać w ten sposób przydatne przedmioty w przystępnej cenie. Po drugie, słowo pisane przenosi się nieubłagalnie do Internetu, więc jeśli już płacimy za wydanie papierowe, to oczekujemy od niego czegoś więcej poza artykułami. Trudno natomiast zrozumieć poczucie wyższości, z jakim ci, którzy zaopatrują się wyłącznie w markowych sklepach, patrzą na szczęśliwych posiadaczy przedmiotów dodawanych do gazet. Przecież nie ma chyba nic w złego w oszczędzaniu, zwłaszcza w dobie kryzysu, a te gadżety z prasy czasem są wytrzymałe i ładniejsze od firmowych. Sama do dziś mam wisiorek, który kupiłam z gazetą dla młodzieży już wiele lat temu. Nadal wygląda jak nowy i, jeśli ktoś nie wie, że to gazetowy gratis, może nawet wziąć ten element biżuterii za drogą rzecz od jubilera. Oczywiście, koneser zawsze się pozna, ale czy wszyscy musimy być koneserami do wszystkiego? Jeśli coś wygląda ładnie, pasuje do nas, do naszego stylu, to czemu mielibyśmy się wstydzić, że pochodzi z prasy? Coś dla ducha (czyli zawartość gazety) i coś dla ciała (czyli gadżety takie jak biżuteria, kosmetyki, kawa). Myślę, że należy walczyć ze snobizmem, który dyskwalifikuje wszystko, co nie było drogie i nabyte w markowym butiku.

Lokalność to chwilowy sukces

W dzisiejszym globalnym świecie długo myślało się tylko w kategoriach uniwersalnych. Produkuje się dużo rzeczy dla wszystkich, najlepiej od razu produkty na światowe rynki. Kiedyś ludzie zachłysnęli się możliwością posiadania czegoś identycznego, jak ktoś na drugim końcu globu. Teraz ten trend się chyba odwraca. Na przykład inaczej wybieramy dziś biżuterię. Często zamiast sięgnąć po katalog dużego producenta, wolimy sami wykonać jakiś naszyjnik. A jeśli nie umiemy, to wystarczy popytać znajomych. Ręcznie robiona biżuteria z kolorowych elementów stała się bardzo popularna i na pewno ktoś z krewnych czy przyjaciół poddał się tej modzie. Drugim nurtem, też na topie, są przedmioty wytwarzane wprawdzie przez profesjonalistów, ale w bardzo niewielu egzemplarzach. Wolimy mieć coś niepowtarzalnego, niemożliwego do zdobycia w każdym zakątku świata. Chcemy też często, bo przedmiot odzwierciedlał nas. Pewnie stąd popularność na przykład biżuterii z motywami śląskimi. Ten trend dotyczy też koszulek, kubków, plakatów. Często jednak nie zauważamy, że tak naprawdę, gdy chcemy być niepowtarzalni, to i tak gonimy za modą. Jest moda na lokalność i limitowane edycje, a my ślepo za nią podążamy. Gdy o tym pomyślimy, może wrócimy do globalnych marek, które przynajmniej nie udają, że są ponad ten wyścig z modą.

Życie jest sztuką wyboru

Kiedyś życie było o wiele prostsze. Owszem, na sklepowych półkach nic nie było, ale przynajmniej człowiek nie spędzał wtedy całego dnia nad katalogami, próbując dokonać najlepszego zakupowego wyboru. I nieważne nawet, co chcemy w danej chwili kupić. Właściwie wszystkiego jest tak dużo, że jakiś dylemat na pewno nas dopadnie. Okazuje się na przykład, że można godzinami stać przy wystawie sklepu z biżuterią i zastanawiać się, czy w tym sezonie modne są raczej zielone kolczyki z małymi elementami żółtego, czy też żółte z małymi elementami zielonego. Nic to, że zdążyły nam już uciec dwa autobusy, że narzeczony czeka w kawiarni, że seans w kinie dawno się zaczął. Stoimy i wybieramy między podobnymi przedmiotami, po raz dziesiąty rozważając wygląd, cenę, stan naszego posiadania i listę ubrań, do których pasowałyby jedne i drugie kolczyki. Mniejsza o to, że pewnie to ta sama lista, skoro i kolory są te same, chociaż w różnych proporcjach. Mniejsza o to, że tak naprawdę nie powinniśmy kupić żadnej pary, bo znów braknie nam na czynsz. Pewnie po długich wewnętrznych debatach i tak kupimy obie pary, wydając na nie ostatnie pieniądze. Jeżeli, jak ktoś kiedyś sentencjonalnie zauważył, życie jest sztuką wyboru, a w dzisiejszym świecie wysypu dóbr wszelakich nie umiemy już chyba ani żyć, ani wybierać.

Wielkość ma znaczenie

W epoce, kiedy prawie każdy z nas ma telefon komórkowy, zaskakuje, jak często producenci nie dbają o estetyczną stronę tych urządzeń. Dobrze zaprojektowany, niewielki telefon, może wszak stać się dopełnieniem biżuterii. A że jest to sprzęt, który wymieniamy często, goniąc za modą, to łatwo byłoby nas dodatkowo kusić wyglądem telefonu. Tymczasem popularność modeli wynika głównie z ich funkcji oraz z marki. Niektóre firmy są w pewnych kręgach modne i to wokół marki tworzy się cała społeczność użytkowników, których przecież poza posiadanym telefonem łączy niewiele. Ale nawet te popularne modele nie są jakoś szczególnie piękne. Często mają brzydkie plastikowe obudowy, nieestetyczne klawiatury, w których zbiera się kurz, podatne na palcowanie ekrany dotykowe. Wciąż też trzeba wybierać między estetyką o funkcjami. O ile przed erą smartfonów wszystko szło w stronę coraz mniejszych cacek, tak teraz trzeba nastawić się na zakup czegoś przypominającego cegłę. Można odnieść wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie pod względem podręczności telefonów komórkowych. Owszem, te dzisiejsze mogą więcej. Ale czy naprawdę muszą być takie wielkie i ciężkie? Jest chyba jeszcze bardzo dużo do zrobienia w kwestii estetyki naszych nowych przyjaciół. Bo chyba już mało kto wyobraża sobie życie bez tego urządzenia.

Zegarek jako ozdoba

Mówi się, że czas to pieniądz. Ale dobry pomysł na mierzenie czasu to także pieniądz. Wystarczy zapytać producentów zegarków. To fascynujące, jak wiele można w tej branży wymyślić. Mody się zmieniają, ale sam przedmiot, chociaż w różnych odsłonach, trwa. Przecież każdy z nas potrzebuje zegarka. Oczywiście, można zerknąć na telefon komórkowy i efekt będzie podobny. Ale ile czasu zajmuje sięgnięcie do torby. A tak, to od razu mamy zegarek pod ręką, a raczej – na ręce. Można też pytać ludzi o godzinę, ale można się zrazić do naszego gatunku, słysząc mrukliwe odpowiedzi lub posądzenia, że chce się czegoś więcej, na przykład datków. Poza tym własny zegarek ma dodatkowe zalety. Jest po prostu ładny, stanowi wręcz element biżuterii. Może też wyrażać osobowość i zainteresowania użytkownika. Dla tradycjonalistów są, przywrócone ostatnio do łask, zegarki na łańcuszku. Dla sportowców elektroniczne cacka odporne na wodę. Dla elegantek arcydzieła jubilerskie. A dla dzieci plastikowe zabawki, które przy okazji uczą, że nie należy się spóźniać. Zegarek jak mało która rzecz łączy pragmatyczną stronę człowieka z jego potrzebami estetycznymi. Jako przedmiot usytuowany między biżuterią a narzędziem pracy, jest skomplikowany w swoich funkcjach bardzo podobnie, jak człowiek złożony jest w swoich potrzebach.