Klipsy w wielkim mieście

Zawsze zaskakuje mnie ogromna moda na przebijanie uszu. Już malutkie dziewczynki w przedszkolu dumnie paradują z kolczykami. Być może dziwi mnie to właśnie dlatego, że sama mam nieprzebite uszy. Moi rodzice chyba przegapili ten moment, kiedy wszystkie moje koleżanki wędrowały do kosmetyczki i wychodziły radośnie w pierwszej parze tak zwanych przebitek. A i mnie widocznie nie zależało chyba jakoś specjalnie, bo przecież wtedy bym sama o taką wyprawę poprosiła. Nie mam nic przeciwko kolczykom, wręcz lubię wszelką biżuterię, ale nie żałuję tamtego zagapienia się. Przecież zawsze to chociaż jedna nieodwracalna rzecz w życiu mniej. Człowiek i tak podejmuje dużo wyborów, z których nie ma się potem jak wycofać. A tak, to uszy mam w całości. I przecież nadal mogę je czymś ozdobić. Dziwne, że tak mało reklamuje się modeli klipsów. Przecież wystarczyłaby porządna kampania jakiegoś producenta i może nastąpiłby wyraźny podział na tych, którzy chcą przebijać uszy, i na tych, którzy wolą inne rozwiązania. Dałoby to pole do dyskusji bez wyłączania kogokolwiek. W tej chwili albo ma się kolczyki, albo jest się wyłączonym z wielu rozmów, jakby się nie należało do świata ludzi eleganckich. A przecież do świata ludzi eleganckich można należeć na różne sposoby – niekoniecznie na sposób wbicia sobie czegoś w uszy.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.